Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o wszystkim i o niczym. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o wszystkim i o niczym. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 września 2014

ostatni post

       Post będzie szybki, bo szczerze mówiąc nie chcę marnować zbyt wiele czasu. Prawdopodobnie piszę tu po raz ostatni. Długo myślałam, czy nie usunąć bloga i możliwe, że za jakiś czas zdecyduję się na to. Na razie jednak piszę.

       Jeszcze w wakacje byłam u siostry na noc, gdzie musiałam coś zjeść. Potem miałam rodzinny obiad u mojego obecnego chłopaka i głupio było mi odmówić, więc też jadłam. Nie miałam nawet wyrzutów sumienia. W szkole dowiedziałam się, że połowa klasy uważa, że jestem za chuda i martwi się o mnie. Nauczyciel wfu i pani od polskiego nawet ze mną rozmawiali na ten temat, pytali, czy wszystko okej, ostrzegali, żebym nie wpadła w jakąś anoreksję. Byłam w fatalnym stanie kiedy dowiedziałam się, że moja przyjaciółka jest przerażona tym, co się ze mną dzieje i płakała, rozmawiając na ten temat z drugą. Popatrzyłam się w lustro i pomyślałam "hej, jest naprawdę nieźle". A potem wrócił apetyt, głównie przez mojego chłopaka. Bo nagle znalazłam najwspanialszą osobę na świecie, która chce ze mną być. I kiedy widziałam, jak reagował na to, że niknę w oczach, kiedy patrzył się na mnie i prosił, żebym zaczęła jeść, żebym mu obiecała, że zacznę jeść, to coś się we mnie skręcało. I jem.

       Miałam już 53kg, teraz waga pokazuje lekko ponad 54. Jadłam, potem znów nie jadłam, potem jogurcik dziennie, zdarzyło się też kilka dni, kiedy wiedziałam, że przegięłam ze zbyt dużą ilością jedzenia. Ale ogólnie jem. Jogurt, wafle ryżowe, normalny obiad, tu kawałek czekolady, tu ciastko z czekoladą, tu kanapkę, jem. Nie wyglądam już jak trup, nie robią mi się siniaki od każdego uderzenia i nie mam zapadniętego brzucha. Kiedy jestem głodna, idę coś przekąsić. Powoli. Nie wiem co jeszcze zrobi moja waga, nie wiem, czy nie wywinduje za bardzo w górę. Zaczęłam ćwiczyć i chcę ustabilizować się na jakichś 53kg. Początkowo upierałam się przy 52, ale szczerze, co zmieni mi ten kilogram? Tylko niepotrzebnie się ograniczam, stawiam jakieś absurdalne, nieważne cele, których spełnienie nie zmieni prawie nic. Uświadomiłam sobie, że wyglądam już naprawdę dobrze. I kiedy moja znajoma, ciut ode mnie niższa, aspirująca na 45kg powiedziała "hej, nie chudnij już, błagam, bo będzie źle" - dotarło do mnie, że może ma rację.

       Będę się starała żeby już nigdy nie przekroczyć 55, żeby ćwiczyć w miarę regularnie, żeby się nie przejadać, ale żeby jednak jeść i nie robić dnia czy dwóch głodówki. Ale jeśli kiedyś przestanę się ważyć, a po jakimś czasie ujrzę 56 czy 57 kg to szczerze, czy coś się zmieni? Świat się nie zawali. Mam ważniejsze rzeczy do robienia, mam poważniejsze problemy i nie chcę dokładać sobie jeszcze jakiegoś chorego bzika na punkcie chudości.

       Udało mi się. Znaczy, nadal udaje, bo jeszcze czasem czuję się za gruba i myślę "może jednak trzeba było dojść do tych 49kg". Ale koniec z tym. Po prostu koniec.

       Przepraszam każdą z Was, którą w jakikolwiek sposób skrzywdziłam, którą "wspierałam", żeby trzymała się zbyt niskokalorycznej diety i zatracała w tym dziwnym, pokręconym świecie. Bo to jest dziwny, pokręcony świat, druga rzeczywistość, tworzona przez nas każdego dnia, w którą się wbijamy, do której uciekamy i która sprawia, że izolujemy się od normalnego życia. Od bliskich. Od tych, na których nam zależy.

       Mam szczęście, że w dobrym momencie kilka bliskich mi osób interweniowało, bardzo subtelnie, ale jednak. Ale jeśli by tego nie zrobili, a ja właśnie dochodziłabym do 49kg, to już by było przegięcie. Nie warto.


poniedziałek, 25 sierpnia 2014

mniejsza stopa

       Hej, dzisiaj szybki post na temat chudnięcia. Kiedy ważyłam 67kg, a nawet, kiedy ważyłam 60, miałam stopę rozmiar 40, czasami 41. Zawsze było to moim kompleksem, bo wolałam po prostu mieć mniejsze stopy. Ale byłam przekonana, że nie da się nic z tym zrobić.

       Wczoraj byłam w kilku sklepach, żeby wybrać buty i okazało się, że mam rozmiar 39. Jesienne botki sprzed roku, które odkopałam i przymierzyłam, są ciut za luźne - rozmiar 40. Więc tak, jeśli chudniecie, to chudną również stopy. Minimalnie co prawda, ale ponoć zmienia się układ kostny czy coś o:

       W sumie to mój kolejny, głupi powód do radości, hahah :D


niedziela, 24 sierpnia 2014

zatrucie kawą

       Wczoraj nie piłam żadnej kawy i dużo mniej słodziłam. A to dlatego, że miałam detoks. W piątek, a raczej już w sobotę w nocy obudziłam się koło 2 i strasznie mnie mdliło. Zaczął mnie boleć żołądek, aż w końcu zwymiotowałam mlekiem z miodem, które piłam przed snem. Nie miałam pojęcia czemu, byłam przerażona. Zrobiło mi się zimno, cała dygotałam, ale w środku wszystko mnie skręcało i paliło. Serce zaczęło mi bardzo szybko bić i nie mogło się uspokoić przez pół godziny. Siedziałam, piłam gorącą wodę (mama mi kazała wypić, bo to ponoć pomaga), płakałam ze zmęczenia i bólu i próbowałam nie zwymiotować, chociaż i tak miałam już całkowicie pusty żołądek. Po godzinie udało mi się wypić te pół kubka ciepłej wody i położyć z powrotem do łóżka. Zasnęłam, ale po chwili znów się obudziłam i zwróciłam całą wodę. Wtedy przestał boleć mnie żołądek i spokojnie poszłam spać. Obudziłam się następnego dnia całkiem żywa.

       Bardzo się bałam przez cały czas, że konieczna będzie wizyta u lekarza w sobotę, albo nawet wzywanie w nocy karetki. Naprawdę, to była jedna z najgorszych nocy w moim życiu. Czułam się tak źle i nic nie mogłam na to poradzić. I bałam się, że to przez głodówkę. Że pojedziemy do lekarza, wszystko wyjdzie na jaw, podłączą mnie do kroplówki czy coś...

       Następnego dnia rozmawiałam o tym ze znajomą i ona powiedziała mi, od czego tak się stało - to zatrucie kawą. W sumie to logiczne, podrażniony żołądek, przyspieszone bicie serca, niepokój mdłości. Poprzedniego dnia wypiłam cappuccino i dwie kawy, tak więc na 90% poznałam już przyczynę.

       Teraz muszę zrobić sobie kilkudniowy detoks od kawy. Może niedługo skusze się na bardzo lekkie cappuccino, składające się w 90% z mleka. Ale z mocną kawą z ekspresu muszę się na razie pożegnać.


piątek, 22 sierpnia 2014

kolejne zdjęcie

        Dziwny dzień, jest mi smutno. Dziwna sprawa, bo chudnę, a czuję się coraz grubsza i coraz bardziej wkurza mnie mój tłuszcz. Dziwne, bo znowu czuję głód i burczy mi w brzuchu, a to zdarzało mi się tylko na początku głodówki. Wszystko dziwnie.

        Pozytywna wiadomość dnia - ważyłam się rano i było 53,7kg. A kolejna pozytywna rzecz, to poniższe zdjęcie:


        Nie mogę się doczekać zdjęć tego typu, tylko, że nie mojego brzucha, a moich nóg. Ale już niedługo.


czwartek, 21 sierpnia 2014

coraz chudziej

       Piękne 54 widzę na wadze już od dwóch dni, ale tu z ogonkiem, tu bez ogonka, tu znowu ogonek. Dzisiaj rano weszłam i ujrzałam 53,9kg, co oznacza, że mogę zaliczyć kolejny cel :')

       Zmierzyłam się też trochę i pochwalę się wam obwodem mojego uda - 50,5cm. Pamiętam, że jakoś w lipcu było 55,5 (a może 56,5? nie pamiętam). Więc różnica jest ogromna i czuję ją. Spodnie w rozmiarze 36 są coraz luźniejsze :D

        Zostało mi 4-5kg. Ewentualnie 9. Zobaczy się. Na razie wszystko powoli zmierza w dobrym kierunku.


środa, 20 sierpnia 2014

okres za pasem

       Ogólnie mam dziwne dni, bo zbliża mi się okres. Miałam go 25 dni temu, czyli teoretycznie powinnam go dostać wczoraj/dziś/jutro. A mój stan przed okresem to "nienawidzę świata o jezu kocham wszystkich jest tak fajnie to ja może posprzątam przestań mnie wkurwiać dobra chce mi się płakać bo moje życie jest beznadziejne i pozwólcie mi umrzeć ała moja macica nogi mi drętwieją dajcie mi spokój spać". Przewiduję jedną z trzech opcji: albo okresu nie dostanę w ogóle (wtedy nie wiem kiedy przejdzie mi taki stan), albo spóźni mi się tydzień czy dwa (co oznacza, że cały czas będę się tak fatalnie zachowywać i czuć), albo dostanę jakoś jutro, ale nie będzie obfity. Liczę na tę trzecią opcję, bo wtedy to już z górki.

        Moja przyjaciółka dowiedziała się o głodówce, pogadałyśmy otwarcie. Ona też ma różne takie fazy, też ubóstwia chudość, też się ogranicza z jedzeniem - ale u niej wszystko przebiega jeszcze w ramach zdrowego rozsądku. Bardzo chciała mnie ochrzanić, ale niezbyt może, bo sama nie zachowuje się w tym temacie do końca normalnie. Powiedziałam jej nawet o blogu, ale stwierdziła, że nie chce go oglądać, bo to jest dla niej za mocne, że gdyby była dorosła, to coś by ze mną zrobiła i że przeraża ją moja choroba. I że ma nadzieję, że mi przejdzie jak już osiągnę cel.

        Pewnie mi przejdzie. Tylko pytanie brzmi: czy cel mi się nie zmieni? Czy 50kg mi wystarczy? Czy będę dążyć do 45?

        Dobra, czas pokaże. Dopóki mam cycki i w dalszym ciągu zakładam staniki w rozmiarze C, to nie jest chyba tak źle, prawda? 


wtorek, 19 sierpnia 2014

dzień dwudziesty trzeci

       Post powinien być wczoraj, ale byłam zmęczona, wcześnie poszłam spać i tak o, nawet nie miałam czasu go zrobić.

       Zawartość żołądka:
- woda gazowana (ok. 1l)
- lekkie cappuccino rano
- dwie słabe kawy ze śmietanką w ciągu dnia
- czerwona herbata z cukrem
- czarna herbata z cukrem i cytryną
- łyk czekoladowej kawy z Mca (mniam)

       Odmówiłam:
- śniadania, obiadu, kolacji
- placków z jabłkami
- jedzenia w Mcu

       Z takich ogólnych rzeczy to moja przyjaciółka dowiedziała się o głodówce i już otwarcie o tym gadałyśmy. Najpierw zarzucała mi hipokryzję, i tu przyznaję jej rację. Potem już sobie gadałyśmy o tym ile obie chciałybyśmy ważyć, o jedzeniu i tak dalej. Zaczęłam się zastanawiać dlaczego tak naprawdę uparcie chcę tyle schudnąć. Bo wiecie co? Mam takie momenty, że patrzę na swoje ciało i je podziwiam. Podoba mi się mój wygląd. Podobają mi się moje piersi (jeszcze je mam) i wystające koście biodrowe, nawet moje uda nie są już takie grube. Ale wiem, że jak już zaczęłam i kolejny raz nie zrealizuję celu, to potem znowu będę mieć wyrzuty sumienia. Więc zjadę do tych 49-50kg, tak jak postanowiłam. Poza tym cały czas zdarza mi się spojrzeć w lustro i powiedzieć "o cholera, ile tłuszczu", kiedy spojrzę na swoje uda, na swój tyłek, swoje boczki.

       Byłam załamana wagą, bo od zeszłego piątku niezmiennie pokazywała ponad 55,5kg. Ale wieczorem ujrzałam równe 55 i kamień spadł mi z serca. Nadal chudnę, więc spoko. A tak poza tym to zbliża mi się okres (widzę to po zmianach nastroju i po - na nieszczęście - moim trądziku), więc możliwe, że woda zatrzymuje się w organizmie etc. Jestem ciekawa czy w ogóle dostanę jeszcze okres, ale mam nadzieje, że coś tam będzie. Bo jeśli tak jak po ostatniej głodówce spóźni mi się dwa tygodnie i przez ten cały czas będę miała stan pt. "uważaj, bo ugryzę cię za zwykłe hej" to słabo.

       Dobrze jest nie jeść i wiem, że długo tak wytrzymam. Chociaż czasem tęsknię za jedzenie. Ale szczerze? Jeśli będzie trzeba to mogę tak wytrwać jeszcze dwa czy trzy miesiące, bez żadnego problemu. O ile oczywiście moje zdrowie na to pozwoli i nie zaliczę wcześniej wizyty u lekarza czy coś.


sobota, 16 sierpnia 2014

dwie wiadomości

       Mam dwie wiadomości. Dobrą i złą. Zacznę więc od złej.

       Odpuszczam sobie: wszystko słodzę. Herbatę, kawę. Wczoraj nawet ruszyłam piwo, co prawda tylko pół puszki, ale kurczę no, bezsensowne, puste kalorie lecą ;-; Czuję, że źle się to na mnie odbije. I dlatego jestem załamana moją wagą. Wczoraj weszłam rano na wagę, a tam 44,9 kg. "Oh, zaliczę to jako 45!" pomyślałam, po czym zważyłam się wieczorem - 55,6kg. Liczyłam, że zejdzie mi więcej, więc trochę słabo. Moja głodówka potrwa jeszcze długo, tak coś czuję. Kiedy skończę pracę w przyszłym tygodniu, postaram się na kilka dni przestać słodzić, pić mleko etc.

       A teraz dobra wiadomość - zrobiłam sobie zdjęcia. Zdjęcia, które zawsze chciałam wstawić na tumblra z tagiem "skinny". Co prawda były robione na wciągniętym brzuchu, ale uwaga:



       Czyż nie są urocze? Moja samoocena rośnie :')


poniedziałek, 11 sierpnia 2014

pierwszy cel osiągnięty!

       Pogubiłam się w moich dniach ważenia i weszłam na wagę po imprezie, żeby skontrolować jak bardzo zgrzeszyłam. Dzisiaj upewniam się w tym, co już wiedziałam - osiągnęłam pierwszy cel!

      Waga pięknie pokazuje 55,9kg. Zostało mi tylko 6-7kg, zobaczę jeszcze w miarę chudnięcia, czy będę wolała zostać przy 50kg, czy utrzymać np. 49kg. Cztery i dziewięć to moje ulubione liczby, hahahah. Muszę tylko uważać z mamą, bo zaczęła nabierać podejrzeń :c

       W każdym razie z dumą odhaczam moje 56kg. Aż nie mogę uwierzyć, że tak dobrze mi idzie! Przyznaję, że ostatnio wzięłam też do ręki miarkę i znikające centymetry... dodają mi pewności siebie. Ale na razie waga pozostanie moim głównym wyznacznikiem. A wymiary podam jak już dotrę do końca odchudzania ;)

       Chyba nie ma lepszej motywacji niż długo oczekiwane rezultaty.


niedziela, 10 sierpnia 2014

o tym, jak (świetnie) się czuję

       Trochę sobie odpuściłam przez imprezę, nie wiem, jak odbije się to na mojej wadze i na przebiegu chudnięcia, ale trudno. Teraz już nic z tym nie zrobię. I myślę, że gdybym miała przeżyć tę imprezę jeszcze raz, to niewiele bym zmieniła - czasami można zaszaleć i odpocząć ;)

      W przyszłym tygodniu znowu jestem w pracy, więc łatwiej mi będzie nie jeść, bo mama nie będzie mogła tego kontrolować. Od poniedziałku do piątku pozwalam sobie tylko na wodę i gorzką herbatę, tradycyjnie. I jedną kawę z mlekiem i dwiema łyżeczkami cukru, taką awaryjną, gdybym któregoś dnia była wyjątkowa zmęczona i nie potrafiła się ogarnąć do roboty. Zakładam, że będzie to jakoś w środę/czwartek. W następny weekend poza wodą i gorzką herbatą dopuszczam jeden kubek mleka na każdy dzień.

       Co do efektów głodówki: przywykłam do głodu. Niejedzenie jest już dla mnie naturalne. Śmiesznie się czułam, szczerze mówiąc, jedząc te dwie kajzerki po imprezie. I zęby mnie bolały, nie wiem, czy od tego, że dawno ich nie używałam, czy są osłabione głodówką czy co. Schudłam ze 3-4kg, ale serio spadło mi dużo tłuszczu. Szorty, które w maju były na styk, teraz mi spadają z tyłka. Spodnie kupione w czerwcu jako ciut za ciasne... za chwilę naprawdę nie będę mogła ich założyć :D Na początku wakacji dorwałam czarne rurki w rozmiarze 36, czyli takim, jakiego nigdy nie nosiłam, i wcisnęłam się, ledwo, ale wcisnęłam, bardzo z siebie dumna. Teraz kiedy je zakładam, są odrobinkę luźne! 

       I słyszę komplementy. Mama powiedziała, że jestem chuda (tak, mamo, to przez tę intensywną pracę, aha), ale żebym się pilnowała, bo jak więcej schudnę, to już będzie przegięcie (tak bardzo dążę do tego przegięcia). Teraz przyjaciółka, ta, która ma hopla na punkcie wyglądu i grubości mówi, że bardzo schudłam. Przyznałam się niektórym, że ważę te 56kg (z nieznośną końcówką po przecinku). Oczywiście pytają jak to możliwe, że zeszczuplałam, ale wprost nie przyznaję się do głodówki. Mówię, że mniej jem, bo pracuję przy jedzeniu i wącham to wszystko i nie mam już apetytu. I że dużo roboty, po kilka godzin dziennie, to jednak robi swoje.

       Jednak nie jestem taka sprytna - w ostatnich dwóch dniach przyznałam się dwóm osobom do głodówki. Jednym jest chłopak, któremu się podobam i z którym ostatnio się widziałam. Zaczął mnie wypytywać na czym polega moja dieta i w końcu mu powiedziałam. Trochę mnie ochrzanił, ale nie bardzo, bo wie, że to moja sprawa i nie przestanę. Drugi znajomy dowiedział się na imprezie, jak zaczęliśmy szczerze gadać, trochę podpici. To chłopak mojej przyjaciółki, ale ubłagałam go, żeby jej nie mówił, ogólnie, żeby nikomu nie powiedział. A poza tym usłyszałam od niego, że on tego nie rozumie i że wg niego wyglądam bardzo dobrze i nie jestem za gruba, wręcz szczupła, no i nie powinnam już chudnąć. Moja inna przyjaciółka chyba się zorientowała, jak nad ranem na balkonie paliłyśmy: popatrzyła na mnie, powiedziała "patrzcie, jaka ona jest blada". Ja z natury jestem blada i wszyscy zaczęli to potwierdzać, a ona do mnie "zacznij jeść. mówię serio, zacznij jeść". Ale większego ochrzanu nie zebrałam i na razie się nie zanosi, więc spoko.

       Najważniejsze jest to, że czuję się chudsza. Lżejsza. Czuję się dużo lepiej. Zostało mi już tak niewiele, że tym razem nie ma taryfy ulgowej. Trzeci raz podchodzę do głodówki i do trzech razy sztuka - osiągnę perfekcję.


poniedziałek, 4 sierpnia 2014

ślady motyli

       Jeśli już trafiłaś na mojego bloga i zainteresowałaś się nim, zostaw jakiś ślad po sobie. Będę wdzięczna za każdy komentarz. I chętnie zajrzę, jeśli zostawisz link do swojej strony. Lubię odwiedzać takie miejsca. Czuję się wtedy częścią jakiejś większej wspólnoty, czuję wsparcie. I mam nadzieję, że takiego wsparcia uda mi się udzielić także każdej z Was.

       Możesz zostawić link w komentarzu pod dowolnym wpisem, ale jeśli chcesz, żeby inne motylki, które tu wejdą, miały do niego łatwy dostęp, wpisz go w komentarzu pod tym postem.

       I trzymajcie się wszystkie chudo, jestem z Wami xx


niedziela, 3 sierpnia 2014

trochę o (nie)jedzeniu

      Na wstępie napiszę: chodzi o moje prywatne odczucia. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak na np. głodówkę zareaguje organizm konkretnej osoby. U mnie na razie samopoczucie jest świetne, chociaż w pierwszych dniach było dużo ciężej. Ale najgorszy etap minął i najwidoczniej z czasem się przestawiłam ;)

      Widzę, że większość z Was stosuje jakieś diety z liczeniem kcal. Mogłoby się wydawać, że to dużo łatwiejsze. Jednak jeśli chodzi o mnie...

      No właśnie. Próbowałam kilku diet. Zawsze kończyło się podjadaniem: a to nie miałam nic zdrowego do jedzenia, a to nie pilnowałam pór posiłków i robiłam się głodna, a to w kieszeni znalazłam 3zł a akurat przechodziłam obok sklepu i usłyszałam szaleńczy krzyk batonika z górnej półki "zjedz mnie!". W miarę jedzenia byłam coraz bardziej głodna. Jeden kawałek szarlotki? To czemu nie dwa? Ojej, coś bym zjadła... i tak dalej. Poza tym wiem, że organizmy niektórych nie reagują zbyt dobrze na 5 posiłków dziennie. Słyszałam, że nie powinno jeść się częściej niż co 4 godziny, żeby nie pobudzać na nowo całego układu trawiennego, bo to niezbyt zdrowe. Są osoby, dla których 3 posiłki dziennie w stałych porach są lepszym rozwiązaniem niż wspomnianych 5.

      Poza tym niektórzy na dietach 300-500kcal praktycznie nie chudną. Czemu? Bo długo są głodni, a kiedy w końcu coś zjedzą, organizm magazynuje przyjęty pokarm. Wiadomo, część kalorii zużywa, ale część odkłada w postaci tłuszczu. Znam dziewczynę, która jedząc 600kcal dziennie przez dwa tygodnie schudła kilogram, a potem przytyła dwa. Wiadomo, ważne jest również to, co się je. Trzeba wypróbować kilka opcji i dostosować jadłospis do własnych potrzeb - nie sugerować się innymi.

       Dla mnie głodówka jest najłatwiejsza, bo po dwóch dniach przestałam czuć głód, teraz tylko od czasu do czasu walczę z "ochotą na...". Ale odmawianie jedzenia innym czy samej sobie weszło mi w nawyk. Robię to automatycznie, nawet nie mam czasu się zastanowić, czy faktycznie chcę coś zjeść. Jedno jasne postanowienie pt. tylko herbata i woda, zero jedzenia, jest dla mnie łatwiejsze do zrealizowania. Kiedy miałabym trzymać się ilości kalorii... a to źle policzę, a tu coś zamienię, a tu zacznę wymyślać co i jak zjeść, wymyślać na temat jedzenia, kolejne potrawy wpadają mi do głowy, myślę o tym, czego nie mogę tknąć. Byłaby to dla mnie udręka. A głodówka? Żadnego problemu. Grunt, żeby bardzo powoli z niej wyjść. Ale tym się będę martwić później, za jakieś 7kg.

      Co do samego odżywania - chcę wam napisać kilka trików, jakie stosowałam, kiedy jeszcze jadłam i bałam się, czy nie przytyję od np. zbyt dużej porcji. Po pierwsze - do wszystkiego, do czego się dało, sypałam pieprz cayenne. Trawiłam to jedzenie dużo, dużo szybciej niż normalnie. Poza tym lubię ostre potrawy, więc dla mnie to idealna opcja. Jeśli nie miałam pieprzu cayenne, sypałam więcej zwykłego. Efekty były świetne.

      Kolejna rzecz - zawsze piłam przed posiłkiem. Żeby żołądek był bardziej zapełniony. Herbatę, wodę, cokolwiek. Wypiłam około 400-500ml napoju (ja zawsze dużo piję) i mniej jadłam. I wiadomo - jemy powoli, bardzo powoli. A propos picia - starajcie się unikać nie tyle soczków kupowanych w sklepie, ile napojów. Kupujesz taką nestea i wydaje się, że to nic kalorycznego - a to właśnie niezła pułapka.

      Należy pamiętać, żeby nakładać sobie od razu tyle, ile zjemy, i potem  nie dokładać. Więc ani za dużo, ani za mało. W momencie, kiedy zaczynamy sobie dokładać, przestajemy kontrolować ilość jedzenia. I jeszcze jedna ciekawostka: kolor granatowy zmniejsza apetyt. Jemy na granatowych (albo po prostu ciemnych), małych talerzach.

      I przypomniało mi się jeszcze coś - pamiętajmy o warzywach. Niektórzy mówią "jeśli masz ochotę na coś słodkiego, zjedz jabłko". Ale pamiętajmy o tym, że wszystkie owoce mają cukier. Zamiast jabłka czy brzoskwini lepiej jest złapać w dłoń kawałek selera naciowego czy marchwi ;)

      W sumie to tyle, nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Chciałam podpowiedzieć Wam, jakich trików używałam. Może przyda Wam się przy diecie, a może już po niej. Tylko pamiętajcie - organizm każdego człowieka działa zupełnie inaczej. Nie liczcie na takie same rezultaty u kilku różnych osób. I nie sugerujcie się moją głodówką - ja znoszę ją bardzo dobrze, ale jeśli Wy zaczniecie się głodzić i po kilku dniach nadal będziecie się słabo czuć - może lepiej odpuścić i spróbować czegoś innego, np. odżywiania się na samych soczkach i jogurtach.

      Mam nadzieję, że post Wam trochę pomoże. Trzymajcie się chudo, kochane x


drugie ważenie

       Ten post będzie naprawdę na szybko, bo muszę się zbierać do pracy, ale przed chwilą weszłam na wagę i chcę was poinformować jak wynik - ważę 57,1kg. Szczerze mówiąc liczyłam na jakieś 56kg, ale z drugiej strony, jeśli ten kilogram który straciłam w ciągu 4 dni to głównie tłuszcz, to jestem naprawdę dumna ;) Jeszcze tylko 7kg. 7kg a nie całe 10! To całkiem niezłe uczucie.

       Trzymajcie się chudo xx


sobota, 2 sierpnia 2014

pierwszy dzień w pracy

       Hej, byłam dziś pierwszy dzień w pracy. Pięć godzin, zamiast dziewięciu, bo to takie wprowadzenie dopiero, uczę się wszystkiego. Jest gorąco, to na pewno. Muszę kontrolować mnóstwo rzeczy na raz kiedy mam więcej niż dwóch klientów jednocześnie. Upał daje się we znaki, szczególnie, kiedy pilnuję mięs na grillu. Mam tylko problem z wydawaniem reszty i trochę się stresuję, kiedy jest wiele osób do obsłużenia. Ale to kwestia wprawy, mam całe dwa tygodnie, żeby się wyspecjalizować ;)
       Jestem z siebie dumna, bo cały czas odmawiam sobie jedzenia, i w pracy, kiedy mi proponują (np. pierogów), i Mca, kiedy przechodzą obok niego i mój wewnętrzny grubas krzyczy "kup szejka! kup! truskawkowego! to tylko 350kcal!", i kiedy siedziałam dziś na urodzinach u brata przy grillu i wszyscy proponowali mi a to kiełbaskę, a to karkówkę, a to piwo (tak, tego też nie mogę :c), a to najlepszej sałatki na świecie... Ale wiem, że warto. Co prawda byłam tam najmłodsza, ale z dumą muszę stwierdzić, że również najchudsza. I siostra, kiedy tylko mnie zobaczyła, powiedziała, że sporo schudłam (a widziałyśmy się z półtora tygodnia temu!) i że między nogami robi mi się fajna przerwa :D Warto, ah warto. No i robię się coraz lepsza w kłamaniu. Niedługo będziecie mogły przyznać mi złoty medal.

       Poza tym troszkę odczuwam zmęczenie. Ale szczerze? Pracując w upale i zapieprzając, czuję się lepiej niż nic nie robiąc. Chyba potrzebowałam trochę pracy, obowiązków... takie nowe wyzwanie. Czuję się świetnie. Podsumowanie dnia siódmego wrzucę pewnie po północy, jak już się będę kładła spać, bo jeszcze będę coś piła.

       Co do samego bloga... będę mieć teraz naprawdę mało czasu na jego prowadzenie, ale postaram się codziennie wstawiać podsumowanie ile zjadłam (a raczej wypiłam) i pisać jakiś krótki post. Jeśli znajdę dłuższą chwilę, to stworzę oddzielną zakładkę z poradami dla wszystkich chcących schudnąć, moje własne obserwacje, coś na temat ćwiczeń ewentualnie. Ale na to muszę mieć trochę wolnego, żeby posty były sensowne i naprawdę przydatne. Na razie blog będzie więc czymś w rodzaju dziennika ;)

       A co tam u Was, moje kochane?


bezsenność

       Nie wiem dlaczego, może to przez nieświadome podekscytowanie dzisiejszym "pierwszym" w pracy ("pierwszym" w cudzysłowie, bo przecież dopiero będę się uczyć), ale zasnęłam po 4:30. Wieczorem oglądałam film, ale przerwałam, stwierdzając, że muszę się wyspać i poszłam spać o w pół do pierwszej. I nic. Po nieudolnych próbach zaśnięcia podczas czytania "Nowego oblicza Greya" wstałam i poszłam do kuchni z zamiarem zaparzenia sobie melisy. Oczywiście nie znalazłam jej w szafce, więc zdecydowałam się na gorące mleko. I przyznaję się do małego grzechu - dodałam do niego łyżeczkę cukru. Nie powinnam, wiem, ale tak wyszło. A teraz siedzę przed laptopem i pisząc to, popijam czerwoną herbatę z... łyżeczką cukru. Muszę to ograniczyć, albo kupić słodzik, on jest chyba mniej kaloryczny (chociaż będę musiała to sprawdzić).

       Kusi mnie, żeby przed pracą zrobić sobie mrożoną kawę, ale nawet nie mam mleka. To znaczy mam, ale nie mogę go zużyć - mama zrobi z niego dzisiaj kremy do tortu. A propos tortu - dzisiaj po 18 jadę na godzinkę na urodziny mojego dorosłego brata. Będę musiała stawić czoło grillowanym szaszłykom, karkówce, skrzydełkom z kurczaka, pewnie chipsom, ciastom no i - na moje nieszczęście - kawałkowi tortu. Nie jadłam tortu od ponad roku, a to jedna z moich większych słabości. "Najesz się tortu w grudniu, w swoje urodziny" powtarzam sobie jak mantrę. Muszę jakoś wytrwać.

       Życzcie mi powodzenia dzisiaj w pracy, muszę zrobić dobre wrażenie na szefie ;) Trzymajcie się.


piątek, 1 sierpnia 2014

dobrego nastroju ciąg dalszy

       Mam dzisiaj dobre wieści - dostałam tę pracę. Trochę po znajomości. Będę prowadzić przez dwa tygodnie, łącznie z weekendami, mały bar z burgerami, frytkami, grillowanym mięsem, piwem. O ironio, sama nie mogę legalnie kupić piwa, bo jestem półtora roku za młoda, a teraz będę je sprzedawać. Bar mieści się tuż za moim ulubionym McDonaldem, ciekawa lokalizacja, nie powiem. Jestem mega szczęśliwa, bo zarobię trochę kasy, a praca wydaje się bardzo fajna. Jutro i w niedzielę idę tam poduczyć się trochę co i jak robić, razem z szefem. Trzymajcie kciuki, żebym nie wyszła na pierdołę i pokazała, że daję sobie ze wszystkim radę ;)

       Szczerze mówiąc ta robota ułatwia mi głodówkę. Będę mieć styczność z jedzeniem przez te 9 godzin dziennie, owszem, ale silna wola zwycięży. Najwyżej wzbogacę moją codzienną dietę o dużą, mrożoną kawę i jakoś zachowam sprawność. Pewnie będę brała kanapki do pracy, więc łatwiej będzie mi ukrywać się z niejedzeniem przed mamą. No i na miejscu będę też jeść obiady, na które rodzice muszą mi dać trochę kasy - zarobię więcej niż gdybym nie głodowała :D Praca jest o tyle fajna, że w tygodniu przychodzi mało ludzi i szef powiedział, że mogę się w godzinach pracy spotykać ze znajomymi na terenie baru, oczywiście w granicach rozsądku no i cały czas uważając na klientów. Bardzo się cieszę! Jedyny problem będę mieć ze wstawaniem, bo nie działają na mnie budziki. Ale poproszę tatę, żeby budził mnie co rano. I tak muszę tam być na 11, więc to bardzo wygodna opcja.

       Dzisiaj gadałam z tym szefem około godzinę, a potem dwie kolejne siedziałam ze znajomą, która tam pracuje i jej chłopakiem. Gadaliśmy, graliśmy w karty i dopiero kiedy zbierałam się do domu zorientowałam się, że faktycznie nic nie jadłam. W ogóle mi to nie przeszkadzało. Może dlatego, że dzisiaj pogoda była dużo lepsza - podejrzewam, że ledwo 20 stopni. A może po prostu przywykłam. W każdym razie czuję się coraz lepiej. I już nie mogę doczekać się niedzieli, czyli obiecanej kawy i ważenia.

       A co u Was, moje motylki? Jak Wam idzie, i jak się czujecie?


naprawdę dobre rozpoczęcie dnia

       Wchodzę dzisiaj na bloga i widzę mnóstwo nowych komentarzy. Niesamowicie mnie to cieszy! Kiedy zakładałam bloga pomyślałam "pewnie i tak nikt nie będzie tu zaglądał". Mimo to zdecydowałam, że to pomoże mi się zmotywować. A nagle widzę, że tu wchodzicie, że piszecie o tym, że jestem silna... nawet nie wiecie ile to dla mnie znaczy. Wreszcie czuję wasze wsparcie. Wreszcie nie jestem sama z moim marzeniem o byciu chudą. Dziękuję.

       Dzisiaj tata obudził mnie o 10, tak jak go o to prosiłam, i rano spotkała mnie miła niespodzianka - znajoma zaoferowała mi pracę na dwa tygodnie, po 9 godzin dziennie. Smażenie, grillowanie i coś tam jeszcze. Nie wiem dokładnie jak to będzie wyglądało, ale dzisiaj na 14:30 jadę porozmawiać o tym z nią i chyba już z szefem. Mam nadzieję, że to wypali i będę pracować legalnie, z umową (a co do tego mam wątpliwości, bo nie wiem, czy mogę mieć tyle godzin pracy w wieku 16 lat), bo bardzo potrzebuję tych pieniędzy, głównie na koncerty. I tak sobie myślę, że może odłożyłabym z tego trochę kasy na gitarę basową, która marzy mi się już od dawna... Będę o tym myśleć, jak już zarobię. Aczkolwiek cieszę się niesamowicie :D Mam tylko nadzieję, że przywyknę do głodówki i będę mieć siłę, żeby pracować te 9 godzin (to jednak długo). Najwyżej będę wypijać codziennie przed pracą dużą, mrożoną kawę - to powinno postawić mnie na nogi.

       Poza tym już w ogóle nie czuję głodu, fajne uczucie. Popijam herbatę czerwoną i zieloną na zmianę, i mam świetny nastrój. Fizycznie... hm, fizycznie takie 7/10, czyli jest dużo lepiej niż poprzednio. A te dni na głodówce mijają bardzo szybko, szybciej, niż myślałam! Już nie mogę się doczekać chudości.


czwartek, 31 lipca 2014

czasem jest trochę ciężej

       Przeszłam dzisiaj moment małego załamania. Zaczęłam reblogować thinspiracje na tumblru i napatrzyłam się na te wszystkie chude dziewczyny, a potem spojrzałam na siebie, głównie na swoje ogromne nogi. Potem wchodziłam na mnóstwo blogów pro ana i większość dziewczyn, które je prowadzą, okazała się być proporcjonalnie chudsza ode mnie. Trochę mnie to podłamało, tym bardziej, że ta głodówka jest jednak trochę męcząca i boję się, że na niej nie wytrzymam.

       Kiedy zobaczyłam kanapkę z pastą jajeczną miałam ogromną chęć, żeby ją zjeść. Pomyślałam "hej, to tylko jedna kromka. może od teraz będziesz jeść jedną kromkę?". Ale po chwili uświadomiłam sobie, że na tym by się nie skończyło. I że muszę trzymać się ustalonego planu. Nie zjem nic do niedzieli, wytrzymam cały tydzień, a potem zdecyduję, co dalej. Ba, nie tknę nawet do tego czasu mrożonej kawy! Jedyne odstępstwo od "diety" w postaci wody i herbaty na jakie sobie pozwalam, to małe ilości mleka.

       A potem nastąpiła znaczna poprawa. Jak już wspomniałam, odwiedziła mnie dziś siostra ze swoim małym synem. Siedziałam sobie obok niej, rozmawiałyśmy (niedługo po tym jak z trudem odmówiłam sama sobie kolacji), a ona pogłaskała mnie po plecach i powiedziała "ale z ciebie chudzinka!". "Chudzinka", rozumiecie? Niesamowicie było to słyszeć. To fakt, nie jestem chudzinką, mam okropnie grube uda i duży tyłek, ale faktem jest również, że na plecach wystaje mi kręgosłup. Potem moja siostra porównała nasze nogi (jesteśmy tego samego wzrostu i zawsze miałyśmy podobną wagę, tylko teraz to ona jest ciut cięższa) i okazało się, że moje są znacznie szczuplejsze. Trochę mnie to podbudowało. I utrzymałam się w przekonaniu, że warto, naprawdę warto.

       Chyba już w niedzielę będę mogła ponownie się zważyć. I tego dnia wypiję też mrożoną kawę. Tak, to będzie dobry dzień. Warto wytrwać w swoich postanowieniach, żeby móc go przeżyć bez wyrzutów sumienia i innych takich.

       Dam radę. Bo jak ja nie zacznę zmieniać czegoś w swoim życiu, to nikt inny tego za mnie nie zrobi.


środa, 30 lipca 2014

moja historia z tłuszczem

      Odkąd zaczęłam zwracać jakąkolwiek uwagę na wygląd - przypuszczam, że było to w szóstej klasie podstawówki - zaczęłam czuć się gruba. Czasem było okej, ale miałam świadomość, że nie należę do najchudszych i że większość moich bliższych koleżanek jest zwyczajnie chudsza, a co za tym idzie - lżejsza. A ja wpadłam w kompleks bycia gorszą, również pod tym względem. Przestałam siadać ludziom na kolanach, bo miałam wrażenie, że pomyślą "o Boże, ile ona waży". Kilka czy kilkanaście razy, naprawdę trudno to zliczyć, podejmowałam próby schudnięcia. Ale mało wiedziałam na ten temat, albo motywacja mi spadała, albo w ogóle źle się do tego zabierałam. 

      I stała się rzecz paskudna - w gimnazjum przestałam się kontrolować. Potrafiłam jeść przez miesiąc dzień w dzień dużą paczkę czipsów. Zawsze dojadałam resztki po znajomych. Codziennie wpieprzałam coś słodkiego, tu batonik, tu lody, tu galaretka na słodko. Przytyłam. Nikt mi tego nie powiedział szczerze, ale wszyscy to widzieli. Na początku liceum (teraz pójdę do drugiej klasy) zaczęłam się głodzić. Najpierw ograniczyłam jedzenie w ogóle nad tym nie myśląc, przez stres. Potem ograniczyłam się do kanapki, obiadu i jogurtów pitnych jako dziennej dawki jedzenia. Po jakimś czasie zostałam przy obiadach, ale to też nie potrwało długo - zaczęłam je zwracać. Schudłam około 7kg, dochodząc do wagi 60kg, ale nie kontrolowałam się po głodówce i zaczęłam od razu normalnie jeść - przez co 3kg mi wróciły.

      Przestawiłam się więc na zdrowy tryb życia. Zaczęłam ćwiczyć, a to 40 minut dziennie, a to godzinę, a to półtorej. Czasami przestawałam na tydzień, ale potem zawsze wracałam do treningu - to bardzo fajne uczucie. Wyrzeźbiłam sobie sylwetkę i zgubiłam te nieszczęsne 3kg. Wszyscy zaczęli mnie komplementować, że schudłam, że dobrze wyglądam itd. Poczułam się mega dowartościowana.

      Ale potem popatrzyłam na moje najbliższe przyjaciółki i zobaczyłam bardzo szczupłe/chude dziewczyny. Wszystkie. Jedna z nich ma obsesję na punkcie chudych dziewczyn, zawsze, kiedy taką mijamy mówi "oh, jaka zajebista figura", "jakie ona ma zajebiście chude nogi". A ja siedzę sobie obok, 15 kg grubsza od przeciętnej chudej dziewczyny i czuję się jak gówno.

      Mam tego dosyć. Po prostu mam dosyć wiecznego "kiedyś schudnę", "kiedyś będę idealna", "ale mam grube uda". Mam dość, że czasami, kiedy pozwolę sobie na coś słodkiego albo fast fooda to - pomimo ćwiczeń - mam cholerne wyrzuty sumienia. Mam dość, że momentami nie potrafię się kontrolować i jem po prostu za dużo, a potem czuję się pełna, gruba, tłusta i idę wszystko zwrócić. Oh tak, wymiotowanie opanowałam do perfekcji. Ale przyszedł moment, kiedy powiedziałam sobie "dość". Jeśli chcę coś osiągnąć to muszę podjąć radykalne kroki. Nie będę dłużej poniżała się przy kiblu, nie będę czuć się gorsza od innych, nie będę wymyślać miliona diet. Mamy lipiec, została połowa wakacji, a ja zaszokuję wszystkich i przyjdę we wrześniu do szkoły chudsza. Nie wiem ile uda mi się zgubić, ale po prostu przestałam jeść. Głodówka to najszybszy sposób, no i jeśli dobrze i bardzo powoli z niej wyjdę - nie będzie efektu jojo. Po pierwszym tygodniu, ewentualnie dwóch, pewnie coś przekąszę. Jabłko, jogurt owocowy, cokolwiek, żeby nie wykończyć organizmu. A potem znowu przestanę jeść. To wbrew pozorom bardzo wygodne, czuję się lepiej, dużo lepiej psychicznie.

      I może wreszcie uda mi się poczuć się chudą. Być chudą.

Trzymajcie kciuki


po co założyłam bloga

      Ten blog ma być dla mnie formą motywacji. Świadomość, że będę publicznie spowiadać się z moich postępów, pomaga mi wytrwać. Poza tym w ostatnich dniach, kiedy przekopywałam internet w poszukiwaniu podobnych blogów, nie trafiłam na żadnego, którego autorka nie jadłaby w ogóle. Zwykle dziewczyny stosuję dietę w stylu 300 kcal dziennie. Ja stawiam na radykalną głodówkę i opiszę, jak się podczas niej czuję i jakie są efekty.