Pokazywanie postów oznaczonych etykietą może wam się przydać. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą może wam się przydać. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 września 2014

ostatni post

       Post będzie szybki, bo szczerze mówiąc nie chcę marnować zbyt wiele czasu. Prawdopodobnie piszę tu po raz ostatni. Długo myślałam, czy nie usunąć bloga i możliwe, że za jakiś czas zdecyduję się na to. Na razie jednak piszę.

       Jeszcze w wakacje byłam u siostry na noc, gdzie musiałam coś zjeść. Potem miałam rodzinny obiad u mojego obecnego chłopaka i głupio było mi odmówić, więc też jadłam. Nie miałam nawet wyrzutów sumienia. W szkole dowiedziałam się, że połowa klasy uważa, że jestem za chuda i martwi się o mnie. Nauczyciel wfu i pani od polskiego nawet ze mną rozmawiali na ten temat, pytali, czy wszystko okej, ostrzegali, żebym nie wpadła w jakąś anoreksję. Byłam w fatalnym stanie kiedy dowiedziałam się, że moja przyjaciółka jest przerażona tym, co się ze mną dzieje i płakała, rozmawiając na ten temat z drugą. Popatrzyłam się w lustro i pomyślałam "hej, jest naprawdę nieźle". A potem wrócił apetyt, głównie przez mojego chłopaka. Bo nagle znalazłam najwspanialszą osobę na świecie, która chce ze mną być. I kiedy widziałam, jak reagował na to, że niknę w oczach, kiedy patrzył się na mnie i prosił, żebym zaczęła jeść, żebym mu obiecała, że zacznę jeść, to coś się we mnie skręcało. I jem.

       Miałam już 53kg, teraz waga pokazuje lekko ponad 54. Jadłam, potem znów nie jadłam, potem jogurcik dziennie, zdarzyło się też kilka dni, kiedy wiedziałam, że przegięłam ze zbyt dużą ilością jedzenia. Ale ogólnie jem. Jogurt, wafle ryżowe, normalny obiad, tu kawałek czekolady, tu ciastko z czekoladą, tu kanapkę, jem. Nie wyglądam już jak trup, nie robią mi się siniaki od każdego uderzenia i nie mam zapadniętego brzucha. Kiedy jestem głodna, idę coś przekąsić. Powoli. Nie wiem co jeszcze zrobi moja waga, nie wiem, czy nie wywinduje za bardzo w górę. Zaczęłam ćwiczyć i chcę ustabilizować się na jakichś 53kg. Początkowo upierałam się przy 52, ale szczerze, co zmieni mi ten kilogram? Tylko niepotrzebnie się ograniczam, stawiam jakieś absurdalne, nieważne cele, których spełnienie nie zmieni prawie nic. Uświadomiłam sobie, że wyglądam już naprawdę dobrze. I kiedy moja znajoma, ciut ode mnie niższa, aspirująca na 45kg powiedziała "hej, nie chudnij już, błagam, bo będzie źle" - dotarło do mnie, że może ma rację.

       Będę się starała żeby już nigdy nie przekroczyć 55, żeby ćwiczyć w miarę regularnie, żeby się nie przejadać, ale żeby jednak jeść i nie robić dnia czy dwóch głodówki. Ale jeśli kiedyś przestanę się ważyć, a po jakimś czasie ujrzę 56 czy 57 kg to szczerze, czy coś się zmieni? Świat się nie zawali. Mam ważniejsze rzeczy do robienia, mam poważniejsze problemy i nie chcę dokładać sobie jeszcze jakiegoś chorego bzika na punkcie chudości.

       Udało mi się. Znaczy, nadal udaje, bo jeszcze czasem czuję się za gruba i myślę "może jednak trzeba było dojść do tych 49kg". Ale koniec z tym. Po prostu koniec.

       Przepraszam każdą z Was, którą w jakikolwiek sposób skrzywdziłam, którą "wspierałam", żeby trzymała się zbyt niskokalorycznej diety i zatracała w tym dziwnym, pokręconym świecie. Bo to jest dziwny, pokręcony świat, druga rzeczywistość, tworzona przez nas każdego dnia, w którą się wbijamy, do której uciekamy i która sprawia, że izolujemy się od normalnego życia. Od bliskich. Od tych, na których nam zależy.

       Mam szczęście, że w dobrym momencie kilka bliskich mi osób interweniowało, bardzo subtelnie, ale jednak. Ale jeśli by tego nie zrobili, a ja właśnie dochodziłabym do 49kg, to już by było przegięcie. Nie warto.


poniedziałek, 25 sierpnia 2014

mniejsza stopa

       Hej, dzisiaj szybki post na temat chudnięcia. Kiedy ważyłam 67kg, a nawet, kiedy ważyłam 60, miałam stopę rozmiar 40, czasami 41. Zawsze było to moim kompleksem, bo wolałam po prostu mieć mniejsze stopy. Ale byłam przekonana, że nie da się nic z tym zrobić.

       Wczoraj byłam w kilku sklepach, żeby wybrać buty i okazało się, że mam rozmiar 39. Jesienne botki sprzed roku, które odkopałam i przymierzyłam, są ciut za luźne - rozmiar 40. Więc tak, jeśli chudniecie, to chudną również stopy. Minimalnie co prawda, ale ponoć zmienia się układ kostny czy coś o:

       W sumie to mój kolejny, głupi powód do radości, hahah :D


niedziela, 24 sierpnia 2014

zatrucie kawą

       Wczoraj nie piłam żadnej kawy i dużo mniej słodziłam. A to dlatego, że miałam detoks. W piątek, a raczej już w sobotę w nocy obudziłam się koło 2 i strasznie mnie mdliło. Zaczął mnie boleć żołądek, aż w końcu zwymiotowałam mlekiem z miodem, które piłam przed snem. Nie miałam pojęcia czemu, byłam przerażona. Zrobiło mi się zimno, cała dygotałam, ale w środku wszystko mnie skręcało i paliło. Serce zaczęło mi bardzo szybko bić i nie mogło się uspokoić przez pół godziny. Siedziałam, piłam gorącą wodę (mama mi kazała wypić, bo to ponoć pomaga), płakałam ze zmęczenia i bólu i próbowałam nie zwymiotować, chociaż i tak miałam już całkowicie pusty żołądek. Po godzinie udało mi się wypić te pół kubka ciepłej wody i położyć z powrotem do łóżka. Zasnęłam, ale po chwili znów się obudziłam i zwróciłam całą wodę. Wtedy przestał boleć mnie żołądek i spokojnie poszłam spać. Obudziłam się następnego dnia całkiem żywa.

       Bardzo się bałam przez cały czas, że konieczna będzie wizyta u lekarza w sobotę, albo nawet wzywanie w nocy karetki. Naprawdę, to była jedna z najgorszych nocy w moim życiu. Czułam się tak źle i nic nie mogłam na to poradzić. I bałam się, że to przez głodówkę. Że pojedziemy do lekarza, wszystko wyjdzie na jaw, podłączą mnie do kroplówki czy coś...

       Następnego dnia rozmawiałam o tym ze znajomą i ona powiedziała mi, od czego tak się stało - to zatrucie kawą. W sumie to logiczne, podrażniony żołądek, przyspieszone bicie serca, niepokój mdłości. Poprzedniego dnia wypiłam cappuccino i dwie kawy, tak więc na 90% poznałam już przyczynę.

       Teraz muszę zrobić sobie kilkudniowy detoks od kawy. Może niedługo skusze się na bardzo lekkie cappuccino, składające się w 90% z mleka. Ale z mocną kawą z ekspresu muszę się na razie pożegnać.


czwartek, 21 sierpnia 2014

coraz chudziej

       Piękne 54 widzę na wadze już od dwóch dni, ale tu z ogonkiem, tu bez ogonka, tu znowu ogonek. Dzisiaj rano weszłam i ujrzałam 53,9kg, co oznacza, że mogę zaliczyć kolejny cel :')

       Zmierzyłam się też trochę i pochwalę się wam obwodem mojego uda - 50,5cm. Pamiętam, że jakoś w lipcu było 55,5 (a może 56,5? nie pamiętam). Więc różnica jest ogromna i czuję ją. Spodnie w rozmiarze 36 są coraz luźniejsze :D

        Zostało mi 4-5kg. Ewentualnie 9. Zobaczy się. Na razie wszystko powoli zmierza w dobrym kierunku.


sobota, 16 sierpnia 2014

dwie wiadomości

       Mam dwie wiadomości. Dobrą i złą. Zacznę więc od złej.

       Odpuszczam sobie: wszystko słodzę. Herbatę, kawę. Wczoraj nawet ruszyłam piwo, co prawda tylko pół puszki, ale kurczę no, bezsensowne, puste kalorie lecą ;-; Czuję, że źle się to na mnie odbije. I dlatego jestem załamana moją wagą. Wczoraj weszłam rano na wagę, a tam 44,9 kg. "Oh, zaliczę to jako 45!" pomyślałam, po czym zważyłam się wieczorem - 55,6kg. Liczyłam, że zejdzie mi więcej, więc trochę słabo. Moja głodówka potrwa jeszcze długo, tak coś czuję. Kiedy skończę pracę w przyszłym tygodniu, postaram się na kilka dni przestać słodzić, pić mleko etc.

       A teraz dobra wiadomość - zrobiłam sobie zdjęcia. Zdjęcia, które zawsze chciałam wstawić na tumblra z tagiem "skinny". Co prawda były robione na wciągniętym brzuchu, ale uwaga:



       Czyż nie są urocze? Moja samoocena rośnie :')


czwartek, 14 sierpnia 2014

znów o głodówce

       Dzień dwudziesty trwa, a ja chcę napisać wam kilka słów odnośnie przebiegu głodówki. To, że moje samopoczucie jest świetne, już wiecie. Energii też mi nie brakuje, chociaż praca mnie wykańcza, to fakt.

       Po pierwsze - jeśli przejdziecie na głodówkę, musicie o tym wiedzieć - skóra jest w słabszej kondycji. Nie chodzi o trądzik, z nim na początku nic się nie zmieniło, teraz mam wręcz trochę mniej syfów. Ale po pierwszym tygodniu stałam się bardziej podatna na siniaki. Nie są duże, aczkolwiek o wiele łatwiej je nabić. Nawet nie wiem skąd się biorą, pewnie przy pracy o coś się uderzyłam tak, że nawet nie poczułam - ale widać to. I jeszcze jedna rzecz, jeśli chodzi o skórę - oczy. Powieki częściej mi puchną i skóra jest lekko zaczerwieniona, podrażniona. Codzienny lekki makijaż na pewno mi nie pomaga, ale zaczęłam smarować skórę wokół oczu, najpierw wazeliną, teraz znalazłam w łazience jakiś krem ze świetlika, specjalnie pod oczy. Może trochę załagodzi szczypanie, które nie występuje często, ale jednak nie jest zbyt miłe, kiedy już się pojawi. 

       Druga sprawa, całkiem logiczna - przestałam wydalać. To znaczy sikam dwa razy częściej, bo więcej piję, ale po dwóch, trzech dniach przestałam robić "dwójkę", bo mam już puste jelita. Kiedy po imprezie zjadłam te dwie kajzerki, poszłam na dłużej do toalety i "dwójka" wróciła. Ale teraz znów będę mieć z tym święty spokój, hahahah.

     W gorszym stanie są też moje włosy i paznokcie. To znaczy trudno mi ocenić jak bardzo spadła kondycja moich włosów, bo już wcześniej (nawet przy zdrowym odżywaniu) wypadały mi na potęgę. Muszę zainwestować w dobry szampon i odżywkę. Na razie używam odżywki keratynowej i czasami kładę na włosy jedwab - świetna sprawa. Paznokcie łatwiej się łamią, chociaż z drugiej strony moja praca w tym nie pomaga. Cały czas brudzę ręce, myję je, sprzątam coś, mam styczność ze środkami czystości, ple ple ple. Obcinam je na krótko i stosuję odżywkę eveline albo regenerum. Da radę przetrwać ;)

       A poza tym całkiem fajnie jest głodować. Dobrze się z tym czuję.


środa, 13 sierpnia 2014

pośladki

       Realizuję już mój plan ćwiczenia na brzuch. Zajmuje mi on pewnie z 8 czy 9 minut rano. Nie mam żadnych zakwasów na brzuchu, może dlatego, że jeszcze na nie za wcześnie. A może po prostu mój trening jest bardzo łatwy ;) Ale o to właśnie mi chodziło. Nie zależy mi na kaloryferze, chcę po prostu wzmocnić brzuch.

       Zakwasy mam za to na udach i tyłku, bo zaczęłam robić przysiady. Miałam rozplanować jakiś sensowny trening na nogi, ale na razie nie mam na to czasu, więc poleciałam na żywioł. Sprawa wygląda banalnie: rano podczas mycia zębów robię 50 przysiadów, wieczorem, również podczas mycia - 50 przysiadów sumo. Ważne jest tylko, żeby robić je dokładnie, tyłek jak najbardziej w tył, kolana nad stopami, no i trzeba mocno spinać pośladki przy wstawaniu.

       NORMALNE PRZYSIADY



       SUMO



       Polecam tę formę aktywności - to naprawdę mało. Nie trzeba poświęcać na to dodatkowego czasu, bo robimy to podczas innej czynności, którą i tak powtarzamy codziennie rano i wieczorem. Przysiadów nie robi się aż tyle, żeby narosły duże mięśnie na zewnątrz ud, a pośladki faktycznie się unoszą :D


piątek, 8 sierpnia 2014

trening dla leniwych - brzuch

       Chodzę teraz do pracy i nie mam czasu na porządny trening, a poza czasem - pewnie nie miałabym również siły. Głodówka przebiega dobrze, ale jakbym dołożyła intensywne spalanie kalorii, mogłoby się zrobić nieciekawie. Dlatego postanowiłam ułożyć sobie lekki zestaw ćwiczeń.

     Dzisiaj wrzucam zestaw ćwiczeń na brzuch, który będę praktykować prawdopodobnie po przebudzeniu, jeszcze w łóżku. Chyba, że jakimś cudem sturlam się z materaca na podłogę.

       1. REACH THROUGHS - 25 razy - coś w rodzaju brzuszków


       2. HEEL TOUCHES - 50 razy (po 25 na każdą stronę)


       3. LEG DROPS - 15 razy - pozornie łatwe, ale jak się napnie mięśnie brzucha... ałć


       4. RUSSIAN TWIST - 50 razy (po 25 na każdą stronę)



       5. OBLIQUE CRUNCHES - 50 razy (po 25 na każdą stronę) - kolejne zmodyfikowane brzuszki, podobno działają świetnie na boczki i talię


       6. FULL SIT UPS - 5 razy - w sumie całkiem przyjemne


       7. PLANK - ok. 30 sekund - grunt to wytrzymać w pozycji, w której najmocniej czuje się pracę mięśni brzucha



       Połączyłam kilka moich ulubionych, a zarazem dających efekty ćwiczeń z programów treningowych na kanale XHIT Daily na yt. Swego czasu zaliczyłam każdy z nich ;) Wstawiam Wam linki.

       1 i 2 - The 7 Best Ab Exercises - drugie ćwiczenie jest pierwszym na filmie, drugie zaczyna się w ok. 4:50 minucie

       3 i 4 - XHIT - 10 Minute AB Workout: How to Get a Six Pack - trzecie ćwiczenie znajdziecie na samym początku, czwarte w ok. 3:25 minucie

      5 i 6 - XHIT - How to Lose Belly Fat: 5 Minute ABS - piąte ćwiczenie w 2:20, szóste w 4:30

      7 - to znowu jest z The 7 Best Ab Exercises, chyba na sam koniec, ale powtarza się też w pozostałych programach.


      Później opracuję jeszcze ćwiczenia na nogi/pośladki i też wstawię rozpiskę. A brzuch wprowadzam od jutra, codziennie rano. Kto ćwiczy razem ze mną? ;)


poniedziałek, 4 sierpnia 2014

ślady motyli

       Jeśli już trafiłaś na mojego bloga i zainteresowałaś się nim, zostaw jakiś ślad po sobie. Będę wdzięczna za każdy komentarz. I chętnie zajrzę, jeśli zostawisz link do swojej strony. Lubię odwiedzać takie miejsca. Czuję się wtedy częścią jakiejś większej wspólnoty, czuję wsparcie. I mam nadzieję, że takiego wsparcia uda mi się udzielić także każdej z Was.

       Możesz zostawić link w komentarzu pod dowolnym wpisem, ale jeśli chcesz, żeby inne motylki, które tu wejdą, miały do niego łatwy dostęp, wpisz go w komentarzu pod tym postem.

       I trzymajcie się wszystkie chudo, jestem z Wami xx


niedziela, 3 sierpnia 2014

trochę o (nie)jedzeniu

      Na wstępie napiszę: chodzi o moje prywatne odczucia. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak na np. głodówkę zareaguje organizm konkretnej osoby. U mnie na razie samopoczucie jest świetne, chociaż w pierwszych dniach było dużo ciężej. Ale najgorszy etap minął i najwidoczniej z czasem się przestawiłam ;)

      Widzę, że większość z Was stosuje jakieś diety z liczeniem kcal. Mogłoby się wydawać, że to dużo łatwiejsze. Jednak jeśli chodzi o mnie...

      No właśnie. Próbowałam kilku diet. Zawsze kończyło się podjadaniem: a to nie miałam nic zdrowego do jedzenia, a to nie pilnowałam pór posiłków i robiłam się głodna, a to w kieszeni znalazłam 3zł a akurat przechodziłam obok sklepu i usłyszałam szaleńczy krzyk batonika z górnej półki "zjedz mnie!". W miarę jedzenia byłam coraz bardziej głodna. Jeden kawałek szarlotki? To czemu nie dwa? Ojej, coś bym zjadła... i tak dalej. Poza tym wiem, że organizmy niektórych nie reagują zbyt dobrze na 5 posiłków dziennie. Słyszałam, że nie powinno jeść się częściej niż co 4 godziny, żeby nie pobudzać na nowo całego układu trawiennego, bo to niezbyt zdrowe. Są osoby, dla których 3 posiłki dziennie w stałych porach są lepszym rozwiązaniem niż wspomnianych 5.

      Poza tym niektórzy na dietach 300-500kcal praktycznie nie chudną. Czemu? Bo długo są głodni, a kiedy w końcu coś zjedzą, organizm magazynuje przyjęty pokarm. Wiadomo, część kalorii zużywa, ale część odkłada w postaci tłuszczu. Znam dziewczynę, która jedząc 600kcal dziennie przez dwa tygodnie schudła kilogram, a potem przytyła dwa. Wiadomo, ważne jest również to, co się je. Trzeba wypróbować kilka opcji i dostosować jadłospis do własnych potrzeb - nie sugerować się innymi.

       Dla mnie głodówka jest najłatwiejsza, bo po dwóch dniach przestałam czuć głód, teraz tylko od czasu do czasu walczę z "ochotą na...". Ale odmawianie jedzenia innym czy samej sobie weszło mi w nawyk. Robię to automatycznie, nawet nie mam czasu się zastanowić, czy faktycznie chcę coś zjeść. Jedno jasne postanowienie pt. tylko herbata i woda, zero jedzenia, jest dla mnie łatwiejsze do zrealizowania. Kiedy miałabym trzymać się ilości kalorii... a to źle policzę, a tu coś zamienię, a tu zacznę wymyślać co i jak zjeść, wymyślać na temat jedzenia, kolejne potrawy wpadają mi do głowy, myślę o tym, czego nie mogę tknąć. Byłaby to dla mnie udręka. A głodówka? Żadnego problemu. Grunt, żeby bardzo powoli z niej wyjść. Ale tym się będę martwić później, za jakieś 7kg.

      Co do samego odżywania - chcę wam napisać kilka trików, jakie stosowałam, kiedy jeszcze jadłam i bałam się, czy nie przytyję od np. zbyt dużej porcji. Po pierwsze - do wszystkiego, do czego się dało, sypałam pieprz cayenne. Trawiłam to jedzenie dużo, dużo szybciej niż normalnie. Poza tym lubię ostre potrawy, więc dla mnie to idealna opcja. Jeśli nie miałam pieprzu cayenne, sypałam więcej zwykłego. Efekty były świetne.

      Kolejna rzecz - zawsze piłam przed posiłkiem. Żeby żołądek był bardziej zapełniony. Herbatę, wodę, cokolwiek. Wypiłam około 400-500ml napoju (ja zawsze dużo piję) i mniej jadłam. I wiadomo - jemy powoli, bardzo powoli. A propos picia - starajcie się unikać nie tyle soczków kupowanych w sklepie, ile napojów. Kupujesz taką nestea i wydaje się, że to nic kalorycznego - a to właśnie niezła pułapka.

      Należy pamiętać, żeby nakładać sobie od razu tyle, ile zjemy, i potem  nie dokładać. Więc ani za dużo, ani za mało. W momencie, kiedy zaczynamy sobie dokładać, przestajemy kontrolować ilość jedzenia. I jeszcze jedna ciekawostka: kolor granatowy zmniejsza apetyt. Jemy na granatowych (albo po prostu ciemnych), małych talerzach.

      I przypomniało mi się jeszcze coś - pamiętajmy o warzywach. Niektórzy mówią "jeśli masz ochotę na coś słodkiego, zjedz jabłko". Ale pamiętajmy o tym, że wszystkie owoce mają cukier. Zamiast jabłka czy brzoskwini lepiej jest złapać w dłoń kawałek selera naciowego czy marchwi ;)

      W sumie to tyle, nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Chciałam podpowiedzieć Wam, jakich trików używałam. Może przyda Wam się przy diecie, a może już po niej. Tylko pamiętajcie - organizm każdego człowieka działa zupełnie inaczej. Nie liczcie na takie same rezultaty u kilku różnych osób. I nie sugerujcie się moją głodówką - ja znoszę ją bardzo dobrze, ale jeśli Wy zaczniecie się głodzić i po kilku dniach nadal będziecie się słabo czuć - może lepiej odpuścić i spróbować czegoś innego, np. odżywiania się na samych soczkach i jogurtach.

      Mam nadzieję, że post Wam trochę pomoże. Trzymajcie się chudo, kochane x


czwartek, 31 lipca 2014

czasem jest trochę ciężej

       Przeszłam dzisiaj moment małego załamania. Zaczęłam reblogować thinspiracje na tumblru i napatrzyłam się na te wszystkie chude dziewczyny, a potem spojrzałam na siebie, głównie na swoje ogromne nogi. Potem wchodziłam na mnóstwo blogów pro ana i większość dziewczyn, które je prowadzą, okazała się być proporcjonalnie chudsza ode mnie. Trochę mnie to podłamało, tym bardziej, że ta głodówka jest jednak trochę męcząca i boję się, że na niej nie wytrzymam.

       Kiedy zobaczyłam kanapkę z pastą jajeczną miałam ogromną chęć, żeby ją zjeść. Pomyślałam "hej, to tylko jedna kromka. może od teraz będziesz jeść jedną kromkę?". Ale po chwili uświadomiłam sobie, że na tym by się nie skończyło. I że muszę trzymać się ustalonego planu. Nie zjem nic do niedzieli, wytrzymam cały tydzień, a potem zdecyduję, co dalej. Ba, nie tknę nawet do tego czasu mrożonej kawy! Jedyne odstępstwo od "diety" w postaci wody i herbaty na jakie sobie pozwalam, to małe ilości mleka.

       A potem nastąpiła znaczna poprawa. Jak już wspomniałam, odwiedziła mnie dziś siostra ze swoim małym synem. Siedziałam sobie obok niej, rozmawiałyśmy (niedługo po tym jak z trudem odmówiłam sama sobie kolacji), a ona pogłaskała mnie po plecach i powiedziała "ale z ciebie chudzinka!". "Chudzinka", rozumiecie? Niesamowicie było to słyszeć. To fakt, nie jestem chudzinką, mam okropnie grube uda i duży tyłek, ale faktem jest również, że na plecach wystaje mi kręgosłup. Potem moja siostra porównała nasze nogi (jesteśmy tego samego wzrostu i zawsze miałyśmy podobną wagę, tylko teraz to ona jest ciut cięższa) i okazało się, że moje są znacznie szczuplejsze. Trochę mnie to podbudowało. I utrzymałam się w przekonaniu, że warto, naprawdę warto.

       Chyba już w niedzielę będę mogła ponownie się zważyć. I tego dnia wypiję też mrożoną kawę. Tak, to będzie dobry dzień. Warto wytrwać w swoich postanowieniach, żeby móc go przeżyć bez wyrzutów sumienia i innych takich.

       Dam radę. Bo jak ja nie zacznę zmieniać czegoś w swoim życiu, to nikt inny tego za mnie nie zrobi.


samopoczucie

       Chcę napisać post na dość znaczący temat, a mianowicie jak mój organizm znosi głodówkę. 

       Pierwszego dnia fizycznie było okej, męczyłam się tylko psychicznie. Do tej pory jedzenie było pewnego rodzaju podstawą mojego dnia, a teraz nagle ta podstawa została wykruszona. Dopiero drugiego dnia zaczęłam czuć ogromny głód, który trudno było uciszyć za pomocą wody i herbaty. Ale cały czas gorszym problemem były stare nawyki z rodzaju tych "oglądam film? idę po coś do jedzenia", "nudzi mi się? skoczę po kawałek ciasta", "zjadłabym hot-doga, więc zrobię sobie kilka małych".

       Trzeciego dnia okazało się, że chęć jedzenia mija. Mam wrażenie, że żołądek po prostu obkurczył mi się do tego stopnia, że już tak nie czuję głodu. A jak wypiję szklankę czy dwie wody? Żyć, nie umierać!

       Gorzej z fizycznym aspektem. Wyraźnie czuję, że jestem zmęczona. Kiedy wychodzę z domu, np. do biblioteki (ok. 2 km w jedną stronę), 2 minuty chodzenia odczuwam jak 20 minut ostrego treningu. Zakładam, że dzieje się tak głównie przez upał, w końcu wielu moich normalnie odżywiających się znajomych skarży się na podobne odczucia. Ponadto kiedy jestem na takich dłuższych spacerach i na chwilę staję (przy przejściu dla pieszych), to czuję w łydkach coś na kształt skurczu. Chyba to znak, że spalam mięśnie. Ale ponoć najpierw mięśnie, a potem tłuszcz i mięśnie, więc nie mam z tym problemu. 

       Ciężko mi jest się ruszać. Kiedy wstaję, siadam, schylam się, kucam, czuję się dużo słabiej. Jednak jestem w stanie to znieść. Coś za coś. I zdecydowanie więcej śpię. Wcześniej wystarczało mi 8 godzin jednej nocy, teraz często śpię te 8 godzin, potem w dzień zasypiam podczas czytania książki na kolejne 2 i wieczorem znowu na 2 czy 3. Z drugiej strony z niczym mi się nie spieszy, mam wakacje, mogę trochę więcej spać. W końcu trochę wypocznę ;)

       Ah, i czasami jak wstaję, to robi mi się ciemno przed oczami. Wcześniej też miałam coś takiego, ale nie tak często. Teraz po kilka razy dziennie.

       I właśnie tu dochodzi kwestia jedzenia. Kiedy powinnam coś przekąsić, żeby się nie wykończyć? Zdecydowałam, że zjem jabłko albo mały jogurt owocowy, ale nie mam pojęcia, kiedy powinnam to zrobić. Po tygodniu? Może dwóch? Zbadam swoje samopoczucie w przyszłą niedzielę i zobaczy się. Na razie jakoś się trzymam.


jak nieładnie oszukuję ludzi

      Chcę podzielić się z wami metodą, jaką wypracowałam, by zachować swoją "dietę" i nikt się nie zorientował. Mam utrudnione zadanie, ponieważ kiedyś już się głodziłam, i o ile moi rodzice nigdy nie interweniowali, bo wydaje mi się, że nie byli co do mnie pewni, o tyle wszyscy moi znajomi wiedzieli, co robię. Moja pierwsza głodówka była wobec rówieśników całkowicie jawna. Tym razem postanowiłam zachować to w sekrecie - żeby nikt nie zaczął prawić mi kazań, co powinnam, a czego nie. To moja świadoma decyzja, moje ciało, moje marzenie o byciu chudym, którego zrealizowania inni doczekali się dużo wcześniej, często w ogóle się nad tym nie zastanawiając.

      Jak oszukać rodziców? Od poniedziałku do piątku mój tata wraca z pracy koło 19 i zwykle o tej godzinie wszyscy razem jedliśmy obiad. Dlatego w tych dniach mówię mamie, że chcę zjeść obiad wcześniej. Przygotowuję go, nakładam sobie solidną porcję i "jem" w pokoju. Niedługo czeka mnie pierwszy pełny weekend, odkąd zaczęłam głodówkę, kiedy tata będzie cały czas w domu i będziemy mogli wszyscy wspólnie zjeść obiad o dowolnej godzinie. Wymyśliłam, że w weekendy będę często wychodzić między 14 a 18 i potem mówić, że jadłam kebaba/fast fooda na mieście albo obiad u któregoś ze znajomych.

      Śniadania, obiady i kolacje, które biorę do swojego pokoju, wyrzucam do foliowych torebek, zawijając dokładnie, żeby nie unosił się z nich żaden zapach, a potem wyrzucam do kosza - ale zawsze kładę je na dno, tak na wszelki wypadek. Jeśli będą pod stertą innych śmieci, to nikt się nie zorientuje.

      Udaję też, że jem tyle co wcześniej. Również słodyczy. Jeśli mama robi ciasto, albo w domu jest coś słodkiego, to biorę ze sobą do pokoju, udając, że to zjadam. Nie chcę, żeby nabrali jakichkolwiek podejrzeń.

      Przy poprzedniej głodówce często byłam zmuszona jeść przy rodzicach. Opracowałam kilka (pewnie już wam znanych) sposobów, jak mniej wtedy zjeść:
- układasz jedzenie na talerzu na płasko, żeby zajmowało jak największą przestrzeń
- ziemniaki ubijasz na jedną masę - optycznie zmniejszy się ich ilość
- pakujesz sobie jedzenie do buzi i wychodzisz "siku", a następnie wypluwasz je do sedesu
- tę samą metodę na chomika można wykorzystać nastawiając alarm w telefonie i udając, że ktoś do ciebie dzwoni
- możesz mówić, że boli cię brzuch, że nie masz apetytu, że przekąsiłaś coś przed obiadem
- jeśli masz w domu zwierzę - podajesz mu jedzenie pod stołem
- napełniasz ciemny kubek mocną herbatą, albo lepiej - ciemną kawą, ale tylko do połowy. w trakcie jedzenia udajesz, że popijasz kęs, a tak naprawdę wypluwasz to, co masz w buzi, do kubka. trzeba uważać, żeby nikt nie zajrzał do twojego kubka, trzymaj go blisko siebie.
- jedz lżejsze elementy obiadu, np. warzywa
- możesz chować jedzenie do kieszeni bluzy, albo rękawów w torebkę foliową, ewentualnie chusteczkę (mniej szeleści, ale łatwiej wszystko ubrudzić)
- jeśli czeka cię rodzinny obiad, dzień wcześniej, wieczorem, udajesz, że jesz na mieście jakiegoś fast fooda, albo u koleżanki chipsy czy zupkę chińską. następnego dnia od rana boli cię brzuch - mówisz, że chyba się zatrułaś.

      Jeśli chodzi o oszukiwanie znajomych, to na razie idzie mi bardzo dobrze. Po prostu powiedziałam, że przechodzą na dietę norweską (na której jednak trochę jedzenia się pochłania) i mam ściśle wyznaczony jadłospis. Dlatego kiedy spotykam się z kimś to nic nie jem. Ostatnio kiedy nocowałam u przyjaciółki, uniknęłam w ten sposób kolacji i śniadania, bo powiedziałam, że w jadłospisie na dzisiejsze śniadanie mam trzy jajka i grejpfruta, a ona - nie miała grejpfruta. Mało osób ma w domu grejpfruta. A kiedy wróciłam do domu, wmówiłam mamie, że jadłyśmy na śniadanie hamburgery, więc nawet ona nie męczyła mnie już z jedzeniem ;)

      Wadą jest to, że ta dieta norweska trwa dwa tygodnie, a swoją głodówkę zaplanowałam na minimum miesiąc. Aczkolwiek wymyślę coś. Albo nową dietę, albo powiem, że kolejne dwa tygodnie muszę wychodzić z norweskiej do normalnego odżywania i też kurczowo trzymać się jadłospisu. Prędzej czy później znajomi i tak się dowiedzą, ale na początku chcę trochę uśpić ich czujność. Dlatego też teraz powstrzymuję się od wszelkich komentarzy na temat mojej grubości czy chudych dziewczyn. Według nich głodówka jest oznaką mojej nieporadności i głupoty. Według mnie? To dowód mojej siły. A zresztą i tak chodzi o efekt.


jeśli zachce się jeść

      Post, do którego pewnie sama będę wracać w momentach załamania, za każdym razem, kiedy poczuję, że mam już dość głodówki.

      Chcesz jeść?
- bądź silna
- jeśli nie jesz, masz większą kontrolę nad swoim ciałem
- pomyśl o reakcjach wszystkich znajomych, kiedy z nienajchudszej dziewczyny staniesz się tą chudą
- będziesz chudsza od większości dziewczyn
- zdążysz się jeszcze nawpierdzielać tych wszystkich smacznych rzeczy w przyszłości
- nie będziesz musiała nikomu zazdrościć ciała - to tobie będą zazdrościć
- zaoszczędzisz mnóstwo pieniędzy, które wyciągasz od rodziców na jedzenie
- wejdziesz w ubrania o rozmiar mniejsze - przecież wiesz, jaka to satysfakcja!
- będziesz miała zawsze płaski brzuch
- nigdy więcej nie ujrzysz u siebie grubych ud - zobaczysz w tym miejscu piękną przerwę między nogami
- z dumą włożysz szorty, nie czując się jak tłusta świnia
- poczujesz się silna, chuda, lekka, pewna siebie
- nikt już nie nazwie cię grubą
- samej siebie nie nazwiesz już grubą!
- obejmiesz rękami swoje udo tam, gdzie wcześniej nie mogłaś
- uzbrój się w cierpliwość - musisz poczekać dobrych kilka dni zanim organizm zacznie spalać tkankę tłuszczową
- nie będziesz bała się wejść na wagę
- ubrania zaczną na tobie wisieć (przez co będziesz musiała kupić mnóstwo nowych, lepszych ubrań)
- będziesz mogła włożyć co chcesz - chudym dziewczynom dobrze we wszystkim
- chude dziewczyny na tumblru? tak, twoje zdjęcie się tam znajdzie
- już nigdy nie spojrzysz w lustro z takim obrzydzeniem, jak teraz
- pomyśl, jak to piękne jedzenie będzie wyglądało po przeżuciu, a potem w twoim żołądku, kiedy zacznie się rozkładać i zamieniać w tłuszcz... naprawdę nadal masz ochotę jeść?
- będziesz mogła siadać każdemu na kolanach bez obaw, że okażesz się za ciężka
- boisz się, że stracisz cycki? to coś, co można potem powiększyć
- każdego wieczoru poczujesz niezwykłą dumę z kolejnego twojego dnia; dnia, w który wygrałaś, dnia, w którym miałaś pełną kontrolę
- nigdy więcej trzęsących się fałd tłuszczu na udach
- pójdziesz w skąpym kostiumie na basen/plażę i wszyscy będą cię podziwiać
- brak jedzenia stanie się wkrótce nawykiem, a momenty załamania będą coraz rzadsze
- pierwsze 2-3kg to woda i resztki jedzenia z jelit. zawsze coś, ale pamiętaj, że wrócą po skończeniu głodówki. trzymaj się dalej.
- zejdź poniżej wymarzonej wagi - na wypadek, gdybyś po głodówce miała przytyć
- jeśli wyjątkowo chce ci się jeść - poćwicz
- pracuj na szczęście tej ciebie, którą będziesz za 2 albo 3 miesiące
- jeśli czujesz się bardzo osłabiona, zjedz coś. celem jest schudnięcie, a nie wykończenie się i wylądowanie w szpitalu.
- wychodząc z głodówki - trenuj
- potem już nigdy nie będziesz musiała martwić się o swoją wagę
- osiągniesz coś, o czym zawsze marzyłaś
- nie myśl o głodzie, głodówce i chudnięciu cały czas. rób mnóstwo innych rzeczy: czytaj książki; oglądaj filmy; spotykaj się ze znajomymi; rozwijaj się.


środa, 30 lipca 2014

kwestia organizacyjna

      Dla ułatwienia, ustaliłam sobie kilka zasad i spisałam je w pamiętniku, żeby móc do nich wracać i się ich trzymać. Doświadczenie pomogło mi je dobrze dobrać.

podstawowe zasady:
- głodówkę prowadzę minimalnie do września, potem zdecyduję, co dalej
- codziennie mogę pić tylko wodę (ew. wodę z cytryną - oczyszcza organizm) i herbatę bez cukru
- raz w tygodniu mogę sobie pozwolić na dużą szklankę mrożonej kawy z cukrem, a co mi tam
- sprawdzam swoją wagę co czwarty dzień, nie częściej, żeby nie zbzikować. no i mieć miłe zaskoczenie, kiedy znacznie spadnie.
- unikam wymiotowania, będę mogła zrobić to tylko w ostateczności, kiedy np. rodzice wymuszą na mnie jedzenie przy nich
- kiedy najdzie mnie ochota na jedzenie - patrzę na swoje ciało. na grube uda, boczki, wielki tyłek. idę do lustra i oglądam. apetyt od razu odchodzi.
- nie przyznaję się nikomu ze znajomych na czym tak naprawdę polega moje odchudzanie. zaczęliby mi wkładać do głowy teksty typu "nie możesz", "wykończysz się", "przytyjesz po głodówce", "jesteś głupia" etc.
- rozkoszuj się uczuciem głodu, bo kiedy będziesz głodna, twój organizm może wreszcie ruszy te obleśne zapasy tłuszczu

      Dodatkowo ustaliłam, że po tygodniu, ewentualnie dwóch, zjem coś. Jabłko, jogurt owocowy - jeszcze zobaczę. Cokolwiek, żeby nie wykończyć się całkowicie i dostarczyć sobie minimalnej porcji energii. 

      Zobaczę, jakie rezultaty tej głodówki będą po miesiącu i jeśli mnie zadowolą, to zacznę powoli przechodzić do normalnej diety. Najpierw soki, ewentualnie kawa, potem dołożę jogurty, owoce i warzywa, na koniec jakieś mięso, pieczywo etc. Będzie to dość długo trwało, pewnie kolejny miesiąc czy dwa, bo chcę uzyskać jak najlepszy efekt. I kiedy zacznę przyjmować coś poza płynami, dołożę sobie ćwiczenia na nogi, brzuch i tyłek. Brzmi rozsądnie, czyż nie?


moja historia z tłuszczem

      Odkąd zaczęłam zwracać jakąkolwiek uwagę na wygląd - przypuszczam, że było to w szóstej klasie podstawówki - zaczęłam czuć się gruba. Czasem było okej, ale miałam świadomość, że nie należę do najchudszych i że większość moich bliższych koleżanek jest zwyczajnie chudsza, a co za tym idzie - lżejsza. A ja wpadłam w kompleks bycia gorszą, również pod tym względem. Przestałam siadać ludziom na kolanach, bo miałam wrażenie, że pomyślą "o Boże, ile ona waży". Kilka czy kilkanaście razy, naprawdę trudno to zliczyć, podejmowałam próby schudnięcia. Ale mało wiedziałam na ten temat, albo motywacja mi spadała, albo w ogóle źle się do tego zabierałam. 

      I stała się rzecz paskudna - w gimnazjum przestałam się kontrolować. Potrafiłam jeść przez miesiąc dzień w dzień dużą paczkę czipsów. Zawsze dojadałam resztki po znajomych. Codziennie wpieprzałam coś słodkiego, tu batonik, tu lody, tu galaretka na słodko. Przytyłam. Nikt mi tego nie powiedział szczerze, ale wszyscy to widzieli. Na początku liceum (teraz pójdę do drugiej klasy) zaczęłam się głodzić. Najpierw ograniczyłam jedzenie w ogóle nad tym nie myśląc, przez stres. Potem ograniczyłam się do kanapki, obiadu i jogurtów pitnych jako dziennej dawki jedzenia. Po jakimś czasie zostałam przy obiadach, ale to też nie potrwało długo - zaczęłam je zwracać. Schudłam około 7kg, dochodząc do wagi 60kg, ale nie kontrolowałam się po głodówce i zaczęłam od razu normalnie jeść - przez co 3kg mi wróciły.

      Przestawiłam się więc na zdrowy tryb życia. Zaczęłam ćwiczyć, a to 40 minut dziennie, a to godzinę, a to półtorej. Czasami przestawałam na tydzień, ale potem zawsze wracałam do treningu - to bardzo fajne uczucie. Wyrzeźbiłam sobie sylwetkę i zgubiłam te nieszczęsne 3kg. Wszyscy zaczęli mnie komplementować, że schudłam, że dobrze wyglądam itd. Poczułam się mega dowartościowana.

      Ale potem popatrzyłam na moje najbliższe przyjaciółki i zobaczyłam bardzo szczupłe/chude dziewczyny. Wszystkie. Jedna z nich ma obsesję na punkcie chudych dziewczyn, zawsze, kiedy taką mijamy mówi "oh, jaka zajebista figura", "jakie ona ma zajebiście chude nogi". A ja siedzę sobie obok, 15 kg grubsza od przeciętnej chudej dziewczyny i czuję się jak gówno.

      Mam tego dosyć. Po prostu mam dosyć wiecznego "kiedyś schudnę", "kiedyś będę idealna", "ale mam grube uda". Mam dość, że czasami, kiedy pozwolę sobie na coś słodkiego albo fast fooda to - pomimo ćwiczeń - mam cholerne wyrzuty sumienia. Mam dość, że momentami nie potrafię się kontrolować i jem po prostu za dużo, a potem czuję się pełna, gruba, tłusta i idę wszystko zwrócić. Oh tak, wymiotowanie opanowałam do perfekcji. Ale przyszedł moment, kiedy powiedziałam sobie "dość". Jeśli chcę coś osiągnąć to muszę podjąć radykalne kroki. Nie będę dłużej poniżała się przy kiblu, nie będę czuć się gorsza od innych, nie będę wymyślać miliona diet. Mamy lipiec, została połowa wakacji, a ja zaszokuję wszystkich i przyjdę we wrześniu do szkoły chudsza. Nie wiem ile uda mi się zgubić, ale po prostu przestałam jeść. Głodówka to najszybszy sposób, no i jeśli dobrze i bardzo powoli z niej wyjdę - nie będzie efektu jojo. Po pierwszym tygodniu, ewentualnie dwóch, pewnie coś przekąszę. Jabłko, jogurt owocowy, cokolwiek, żeby nie wykończyć organizmu. A potem znowu przestanę jeść. To wbrew pozorom bardzo wygodne, czuję się lepiej, dużo lepiej psychicznie.

      I może wreszcie uda mi się poczuć się chudą. Być chudą.

Trzymajcie kciuki


po co założyłam bloga

      Ten blog ma być dla mnie formą motywacji. Świadomość, że będę publicznie spowiadać się z moich postępów, pomaga mi wytrwać. Poza tym w ostatnich dniach, kiedy przekopywałam internet w poszukiwaniu podobnych blogów, nie trafiłam na żadnego, którego autorka nie jadłaby w ogóle. Zwykle dziewczyny stosuję dietę w stylu 300 kcal dziennie. Ja stawiam na radykalną głodówkę i opiszę, jak się podczas niej czuję i jakie są efekty.